Mama, czy on cię teraz deportuje?

[Przedruk dzięki uprzejmości projektu Jestem Katarzyną].

Mam na imię Magda, mam 41 lat. Jestem przeciętną kobietą, z ambicjami w przeszłości, wielkimi planami "na kiedyś" i nieokreślonym planem na wielki spektakularny sukces. Mam przy tym (najlepszego) męża, dwóch (najlepszych) synów a także wielkie poczucie winy, bo w towarzystwie prawdziwych, progresywnych matek niespecjalnie się znajduję.

Choć od Torunia dzieli mnie ponad 7 tysięcy kilometrów i sześć stref czasowych, to właśnie Toruń na zawsze zostanie moim miastem. Jednak teraz, od blisko czterech lat, mieszkam w mitycznej Ameryce. Ale nie tam w jakichś Nju Jorkach, Chicago, Seattle itp, które niezmiennie kształtują nasze pojęcie o USA. Otóż mieszkam w tej prawdziwej, niepopularnej, zaściankowej, porośniętej połaciami pól kukurydzy, bogobojnej i żyjącej schematami Ameryce.

The Land of Freedom bardzo szybko nauczył mnie, że moim niezbywalnym prawem jest prawo do posiadania broni (shot guns można tu kupić w Walmarcie). Jednak jednocześnie twoim niezbywalnym prawem jest prawo do NIE-posiadania ubezpieczenia medycznego. A jeśli przypadkiem dotknie cię zapalenie wyrostka robaczkowego, to... no cóż.... podobno to zupełnie normalne, że ktoś ogłasza bankructwo z powodu rachunków medycznych. Przywyknięcie do amerykańskich warunków zajęło mi więc sporo czasu. Kilka momentów sprawiło, że zastanawiałam się nad sensem budowania życia tutaj, ale nic, absolutnie NIC nie przygotowało mnie na listopad 2016.

Nie interesowała mnie nigdy specjalnie polityka, choć mając duszę społecznika, zawsze mniej więcej rozumiałam, co się dookoła dzieje. Miałam poczucie wielkiej wartości społecznego aktywizmu i prędzej czy później stawałam się członkiem tej czy innej, głównie lokalnie działającej grupy. W 2010 roku na dobre związałam się z ruchem wspierającym środowiska LGBT&Q, pracując na rzecz wykluczonej młodzieży.

Przenosząc się do Stanów, miałam w swojej głowie dość ugruntowany obraz tego kraju - otwartego, wiernego słowom z wiersza Emmy Lazarus na cokole Statuy Wolności: "Dajcie mi tylko swoich biednych tłumy całe, Obejmę ich gościnnie mymi ramionami. Przyślijcie mi bezdomnych gromady niemałe, Dla nich podnoszę lampę nad portu wodami". To nie tak, że nie miałam pojęcia o istnieniu konserwatywnego Midwestu czy rasistowskiego południa. Po prostu wydawało mi się, że lata smutnych doświadczeń tego kraju pomogły wypracować prawo, które skutecznie blokuje wykluczające postawy. Tymczasem Ameryka w ciągu jednej nocy zmieniła się dla mnie nie do poznania.

Sporo czasu przed wyborami, śledząc poczynania kandydatów, świętując porażki Carsona, który wierzy, że piramidy egipskie wybudował starotestamentowy Józef, przyglądając się rosnącej popularności Berniego Sandersa, nabierałam przekonania, że Ameryka podąża w kuriozalnym kierunku. Moi progresywni znajomi zapewniali mnie, że każdym niepojętym wybrykiem Trump zaprzepaszcza swoje szanse na wybór. Jednak po goryczy Brexitu i doświadczeniach Polski, nie umiałam patrzeć pozytywnie na szopkę wyborczą w USA.W tamten wtorkowy wieczór - jak nigdy - odpaliłam telewizor, żeby śledzić na żywo ważące się losy Ameryki. Namówiłam moje własne dzieci na wpatrywanie się w ekran, żeby kiedyś mogły powiedzieć, że doświadczyły czegoś wielkiego. Po ogłoszeniu wstępnych wyników w Ohio, odesłałam je spać. Mój młodszy syn, dziesięciolatek o wielkim sercu i duszy aktywisty zapytał mnie, czy jego kolega-muzułmanin przyjdzie następnego dnia do szkoły.

Poranek był nerwowy i cichy. Wymieniliśmy ze sobą minimalną liczbę słów. Jesteśmy wszyscy związani z jedną szkołą - my jako pracownicy, dzieci jako uczniowie - prywatną, dość postępową jak na amerykański midwest. Jednak mamy świadomość, że spora klientela to konserwatyści, więc jeszcze w samochodzie, jakimś ostatkiem rozsądku, poprosiliśmy dzieci, żeby niezależnie od wszystkiego pamiętały, że dla każdego trzeba być po prostu uprzejmym.

Chodziłam po korytarzach szkoły, zastanawiając się, który z współpracowników triumfuje, a który tkwi w osłupieniu i żalu, że lokalny suweren powierzył prezydenturę gwieździe telewizyjnej i bohaterowi tabloidów. Amerykanie nie mówią zazwyczaj o swoich poglądach politycznych w sferze profesjonalnej, ale to był bardzo specjalny dzień. Mijaliśmy się, przyglądając się sobie zdawkowo, czasem posyłając sobie jakieś ukryte znaki. Zapuchnięte oczy dziewczyny, która opiekuje się dzieciakami w programie porannej świetlicy - od zawsze wiem, że jest generacją "dreamers" - jej meksykańscy rodzice przywieźli ją tutaj, kiedy miała 9 lat. Wielkie kolczyki ze zdjęciem Obamy w uszach nauczycielki trzeciej klasy, pięknej czarnoskórej kobiety. Wreszcie nigdy-dotąd-niezdeklarowany nauczyciel pozostający w związku z innym mężczyzną, który nagle stanął w drzwiach mojego biura i zapytał, czy może sobie po prostu ze mną posiedzieć. Szok i zażenowanie w oczach wielu. Dorośli stanęli na wysokości zadania. Choć wiem, że dzielę ten sam korytarz z kilkoma osobami, które mają głęboki sentyment do Donalda Trumpa, nikt nie próbował mnie nawracać, nikt nie usiłował głosić "nowej dobrej nowiny" na forum. Sprawa troszkę gorzej poszła z dzieciakami. To raczej jasne, że dzieci nasiąkają poglądami rodziców i chętnie je powtarzają. Na koniec dnia moje własne dziecko przybiegło do mojego biura z nerwowym pytaniem: "Mama, czy on cię teraz deportuje?”.

Czas oczekiwania na styczniową inaugurację, pełen coraz bardziej kuriozalnych deklaracji Trumpa, nieco nas uodpornił na codzienne “rewelacje”. Inauguracja ostatecznie pozbawiła złudzeń. Jednocześnie tu i tam pojawiały się znaki, że jednak nie wyrugowano ze społeczeństwa poczucia obywatelskiej odpowiedzialności za innych i pocztą pantoflową, jakimiś mailami, zaczęły dochodzić do mnie wiadomości od grup, które nie chciały pozwolić na przejęcie całkowitej władzy przez idiokratę, rasistę, ksenofoba, mizogina i homofoba w jednym. Każdy koncentrował się na istotnej dla siebie sprawie, ale wszystkim jednakowo przeszkadzało, że ktoś usiłuje obrabować społeczeństwo z należnych mu praw. Próba odebrania tak zwanej “Obamacare” - kulawej z punktu widzenia kogoś, kto spędził blisko ćwierć wieku w kraju z gwarantowanym konstytucyjnie dostępem do usług medycznych, jednak działającej - sprawił, że ludzie wyszli na ulice. Przede wszystkim na ulice wyszły kobiety. Bo to nam usiłuje się odebrać najwięcej. Mike Pence, były gubernator cofniętej cywilizacyjnie Indiany, obecny wiceprezydent, jeszcze grubo przed Trumpem przyjął ustawę o wolności do wyznawania religii, która byłaby ekwiwalentem świetnie znanej "klauzuli sumienia," istniejącej w chyba wszystkich stanach, jednak zawsze sprzężonej z ustawami o obronie praw mniejszości. Tych Indiana nie posiada. Ta sama ekipa obiecuje - przy wsparciu omamionych fałszywym pojęciem wolności Amerykanów - wymazanie obowiązkowego ubezpieczenia. To przede wszystkim uderzy w kobiety. To one będą znowu zmuszone do płacenia wyższych stawek dla bezdusznych ubezpieczycieli (ciąża i poród kosztują, prawda?), stracą zagwarantowany dostęp do świadczeń typowo kobiecych, albo zapłacą za nie w owej zawyżonej stawce. To one, szczególnie w sytuacji, kiedy posiadają dzieci, będą musiały przejąć na siebie koszta "istniejących przed zawarciem umowy warunków" i znowu dokładać do rachunku, jeśli zdarzy im się doświadczyć trwałych komplikacji poporodowych.

Obecna administracja planuje również ograniczyć dotacje dla programów stanowych, które głównie wspierają tak zwaną middle class. Dobrym przykładem jest Planned Parenthood; organizacja, która dostarcza darmowe usługi ginekologiczne najuboższym. W nomenklaturze obecnej administracji, to organizacja tożsama z "aborcją na życzenie," bo przecież badania przesiewowe w kierunku raka szyjki macicy czy raka piersi to jakaś fanaberia. Planuje się też odebranie kobietom praw do godnej antykoncepcji - sekretarz zdrowia Tom Price to aktywny przeciwnik ruchów pro- choice, sponsor ustawodawstwa zakazującego pigułki "dzień po" czy wkładek domacicznych, twierdzący przy tym, że nie ma jednego przykładu kobiety w US, która nie miałaby dostępu do antykoncepcji... Wisienką na torcie administracji Trumpa jest Steve Bannon, sponsor portalu szerzącego prawicowe i konserwatywne treści, często za cenę uczciwości i prawdomówności. W ostatnim czasie ten portal opublikował artykuły o wymownych tytułach, "Antykoncepcja sprawia, że kobiety są mało pociągające i emocjonalnie niestabilne," "Kobiety nie są dyskryminowane w branży technologicznej; one po prostu strasznie źle wypadają w rozmowach kwalifikacyjnych." Sam Bannon został oskarżony o przemoc domową przez byłą żonę.

Kobiety wyszły na ulicę. I wyjdą jeszcze raz. Bo nie można ich pomijać w politycznych kalkulacjach. Tak samo, jak nie można uwłaczać godności imigrantów, środowisk mniejszościowych, czy mało reprezentatywnych. Posiadamy prawa wyborcze i będziemy tych praw używać. Kobiety, zarówno w Polsce jak i w USA, mają niezwykłą siłę. I spora część z nich ma wsparcie partnerów. Świadomość swoich praw, ale przede wszystkim umiejętność dostrzegania, że moje prawa są również prawami jakiejś większej grupy sprawia, że stajemy się społecznością obywatelską. Społecznością aktywną, głosującą, mającą prawo głosu w debacie publicznej. Czy w Polsce, czy w USA, trzeba pokazać, że jesteśmy.

A jeśli Trump chce się trzymać swoich obietnic wyborczych "bycia prezydentem wszystkich Amerykanów," chyba musi zacząć się lepiej starać, żeby zostać prezydentem 1/3 amerykańskich kobiet, które dokonały aborcji.

#JestemKatarzyną
14 marca 2017 r.

Przedruk za zgodą projektu #JestemKatarzyną
Źródło: https://www.facebook.com/kimjestKatarzyna/posts/725057331000411:0