Ciąża vs. pracodawca

W dyskusjach o ciąży „pracowniczej”, zazwyczaj słyszymy głosy dotyczące kobiet, którym trudno jest wrócić do pracy czy też zwalnianych po powrocie z urlopu macierzyńskiego oraz o pracodawcach-potworach. Małe jest zainteresowanie tym, jak to wygląda z perspektywy firmy. A jeszcze mniej jest pomysłów, jak pogodzić interesy kobiet i pracodawców.

Nie łudźmy się – ciąża to ogromny problem dla pracodawcy oraz dla kobiecych karier. Są dwie strony – jedna chce skorzystać z maksimum należnych jej praw, druga prowadzić biznes. Ich interesy są sprzeczne i wolny rynek tego nie wyreguluje. Na pomoc może przyjść jedynie państwo i wspierać równolegle kobietę oraz pracodawcę, jeśli nie, nadal będziemy miały odwiecznie słabszą sytuację na rynku pracy. Zróbmy więc coś w tym kierunku. Pierwszym krokiem może być uświadomienie sobie, że prawa i przywileje matek zawarte kodeksie pracy (bardzo, bardzo słuszne) po części obciążają pracodawcę. W zależności od wielkości czy zamożności firmy, te obciążenia odczuwane są bardziej albo mniej dotkliwie, ale zawsze jest to problem. Jest dużo chlubnych wyjątków – firm i karier – tego nie potwierdzających, ale tutaj skupiam się na ogólnej sytuacji.

Przyjrzyjmy się jak ciąża wygląda ze strony pracodawcy. Niewielka, kilkuosobowa firma, która jak wiele podobnych, żyje w cyklu: wypłaty – ZUS-y – dochodowy – VAT i z trudem wszystko spina. Jedna z zatrudnionych zachodzi w ciążę i na widok dwóch kresek, niemalże z dnia na dzień, znika z pracy (podkreślam – to uogólnienie, wiele kobiet pracuje przez niemalże całą ciążę). W tak małej firmie jest to poważna sytuacja, nagle robi się dziura, a praca musi być wykonana. Szybko trzeba znaleźć nową osobę.

Nieobecnej pracodawca płaci za pierwszy miesiąc zwolnienia, potem zobowiązanie przejmuje ZUS. Przez cały czas nieobecności naliczany jest urlop WYPOCZYNKOWY, czyli razem ponad 2 miesiące, za które zapłaci pracodawca. Razem ciąża to koszt trzech wypłat, przy bardziej pechowym układzie miesięcy – czterech (ZUS płaci po 30 dniach zwolnienia w danym roku, a ciąża może przypaść na 2 lata). W małej i niezamożnej firmie oznacza to, że rodzina A – pracodawcy musi przekazać równowartość trzech, czterech pensji rodzinie B – pracownicy.

Po porodzie matka jest na przysługującym jej rocznym urlopie macierzyńskim. Może oczywiście pojawić się wcześniej, często sama nie wie, czy i kiedy będzie chciała wrócić do pracy. Przypuśćmy, że osoba zatrudniona na jej miejsce świetnie sobie radzi, i powiedzmy, że jest mężczyzną albo 40-letnią kobietą z odchowanymi dziećmi. Pracodawca ma do wyboru dobrego pracownika albo pracownicę-matkę, która po powrocie do pracy rozpoczyna serię nieobecności związanych z chorobami dziecka bądź sytuacjami "nie mam z kim zostawić". Ojcowie nie garną się do opieki, bo przecież mają robotę. Czy firma taty jest gorsza od firmy mamy? No nie, ale to nadal nie ojca rola, żeby czekać na korytarzu w przychodni, no i szef by krzywo patrzył. To m.in. dlatego że mężczyzna nie będzie brał dni wolnych ze względu na dziecko, jego pensja może być wyższa. Są też drobne udogodnienia dla matki, które oznaczają uniedogodnienia dla pracodawcy, takie jak dwie półgodzinne przerwy na karmienie, co w praktyce sprowadza się do wychodzenia z pracy godzinę wcześniej. Swoją drogą jak ustawodawca wyobrażał sobie to karmienie? Są też dwa dni w roku wolnego na opiekę nad dzieckiem w wieku do 14 lat. Wszystko SŁUSZNE i niech tak będzie, tylko czemu odbywa się na koszt pracodawcy? Może w jakimś niemrawym urzędzie to nie jest problem, ale w małych firmach – owszem. Oprócz tego, że utrzymują górników i 35-letnich policjantów na emeryturze, muszą jeszcze wywiązywać się z przywilejów, jakie państwo dało matce. Oczywiście pracodawca prowadząc biznes powinien wziąć ryzyko ciąży pod uwagę. I bierze – można to odczuć dostając niższą płacę, umowę śmieciową bądź zakładając jednoosobową działalność gospodarczą.

Załóżmy, że matka z przykładowej firmy zostanie zwolniona. A więc – wypowiedzenie – trzy miesiące płacenia. Co myśli pracodawca? Myśli: będę się wystrzegać zatrudniania kobiet albo będę je zatrudniać na nieciekawych warunkach.

To jest oczywiście straszne. I nie ma tu winny kobiet, nie ma tu winy pracodawcy, ale konflikt jest, i to nierozwiązywalny. Konflikt, którego przyczyną jest system zrzucający część ciężaru ciąży na pracodawcę. Konsekwencją jest słabsza pozycja kobiet na rynku pracy. Dopóki nie zmieni się prawo, które nie pozwala na spokojną ciążę pracownicy u spokojnego pracodawcy, będzie źle. Pracodawca nie może płacić za ciążę, to jest sfera prywatna, która nie ma nic wspólnego z biznesem. Przecież nawet na rozmowie rekrutacyjnej zabronione są pytania o plany prokreacyjne, więc dlaczego pracodawca ma płacić za faktyczną prokreację.

Jeśli przedsiębiorcy nie będą wspierani przez państwo, wszystkie będziemy poszkodowane na rynku pracy. Zróbmy coś – skoro państwo stać na to, żeby ustępować górnikom i rolnikom, to może i w "ciążoobciążeniu" ulży? Tylko kto ma o to walczyć? Matki korzystają z przywilejów, a pracodawcy starają sobie to odbić. Ale interes jest wspólny! I trzeba działać wspólnie. 

Olga Borowicz-Więcek,
23.03.2017